Kontakt
2012-01-11 11:18

IX Piknik Archeologiczny w Branicach


Rzymianie w Branicach


Czy rzymskie legiony stacjonowały w Nowej Hucie? Ile jest gatunków krzemienia? Jak wykonać gipsowy odlew zabytku? Odpowiedzi na te pytania można było poznać w Branicach. W sobotę, po przekroczeniu bramy dworu w Branicach i przy odrobinie wyobraźni, każdy mógł przenieść się w odległą przeszłość.

Wszystko to za sprawą miejscowych archeologów. Nowohucki Oddział Muzeum Archeologicznego w Krakowie zorganizował kolejny, dziewiąty już piknik archeologiczny. W tym roku przebiegał on pod hasłem „Małopolska w czasach Chrystusa”. Chcieliśmy pokazać życie dwa tysiące lat temu. Atrakcyjną oprawę stworzyli zaproszeni goście ze Stowarzyszenia Pro Antica z Lublina oraz dwie krakowskie grupy – Drużyna Wojów Wiślańskich „Krak” i Stowarzyszenie Celtica. Piknik tradycyjnie odbywał się w branickim parku, obok zabytkowego dworu i tajemniczej wieży obronnej – dawnej rezydencji możnego rodu Branickich.

Po wejściu na teren imprezy najbardziej rzucał się w oczy obszar otoczony drewnianymi zasiekami z dużym namiotem w środku. Obok niego kręcili się najprawdziwsi rzymscy legioniści. W ziemię były wbite słynne rzymskie oszczepy nazywane pilum. To niezwykła broń. Żelazne ostrze jest niewielkie i osadzone na długiej żelaznej szyjce, połączonej z drzewcem. To połączenie było nietrwałe – po wbiciu się w ciało przeciwnika broń pękała w tym miejscu. Miało to swoją dobrą stronę – po ataku wróg nie mógł już wykorzystać tej broni. Oprócz tego Rzymianie byli wyposażeni w drewniane tarcze, żelazne, ręcznie kute miecze, zbroje płytowe i hełmy. Niektórzy z nich dysponowali kolczugami. Dzięki naszym Kolegom-rekonstruktorom z Lublina mogliśmy podziwiać sprawność rzymskiej musztry. Dowódca, zwany z łacińska centurionem dowodził setką pieszych legionistów. Teraz łatwo zapamiętać, że w liczebnikach łacińskich 100 jest oznaczane jako „C”. Dowódca wydawał komendy po łacinie a legioniści, jak jedna sprawna maszyna maszerowali, zwierali szyki osłaniając się tarczami, wykonywali sławnego „żółwia”, czyli manewr polegający na szczelnym zasłonięciu całego oddziału tarczami z boku i od góry. Było na co patrzeć…

Legioniści rzymscy reprezentowali obcych przybyszów, ale naprawdę legiony rzymskie nigdy nie stanęły na naszych ziemiach. Natomiast prawie na pewno (w archeologii rzadko pewność jest stuprocentowa) mieszkali tu Celtowie (Galowie) i Germanie. W ich role wcielili się stali uczestnicy naszego Pikniku – Drużyna „Krak” i Celtica. Kulminacyjnym punktem imprezy były walne bitwy stoczone przez skonfederowane oddziały celto-germańskie i legion. W tej walce padł remis - 1:1. Pierwsze starcie wygrali miejscowi barbarzyńcy, drugie armia rzymska. W obu potyczkach mogliśmy podziwiać zorganizowany sposób prowadzenie walki (rozwijanie i zwijanie szeregów, manewry obronne) przez zawodowych żołnierzy. Naprzeciw stanęły wojska ochotnicze (pospolite ruszenie) bez uzgodnionej taktyki, bazujące na spontaniczności, improwizacji i indywidualnych umiejętnościach wojowników. Pewnie w podobny sposób wyglądały rzeczywiste starcia tych dwóch wrogich sił gdzieś nad Dunajem lub Renem.

Ta bitwa rozegrała się już w strugach ulewnego deszczu. Niestety, pogoda pokrzyżowała nasze ambitne plany. Początek był jeszcze optymistyczny, choć donoszono nam, że w Krakowie już leje. Potem deszcz przeszedł przez Branice, ale jeszcze na chwilę zrobiło się jaśniej. A potem było już tylko gorzej…
Szczęśliwi byli ci najmłodsi uczestnicy, którzy zdążyli spróbować swych sił na wykopie archeologicznym. Z ziemi wydobywali kawałki naczyń, kości zwierzęce, a czasami nawet szklany paciorek, szlifowany kamień lub monetę. Jako doświadczony archeolog, piszący te słowa może zaświadczyć, że emocje były większe niż na prawdziwych wykopaliskach, zwłaszcza gdy w ziemi coś zazgrzytało pod przysłowiową łopatką archeologa.

Pracownicy Muzeum Archeologicznego odsłaniali też inne tajniki swojej pracy. Pod fachowym okiem konserwatorów chętni sklejali rozbite naczynia, odlewali gipsowe kopie zabytków i zwalczali rdzę na starych przedmiotach żelaznych, przy pomocy specjalnych urządzeń. Dziecięce twarze skryte za okularami ochronnymi były skupione na pracy. Może wśród nich będzie nasz przyszły kolega? Swoje stoisko miało też muzealne archiwum i dział oświatowy.

Osobną atrakcję przygotowali Koledzy zajmujący się najstarszymi dziejami, czyli epoką kamienia. Na stoisku wystawione były próbki surowców krzemiennych z Polski. Można było podziwiać piękne i wielkie buły krzemienne z Jury Krakowsko-Częstochowskiej, Gór Świętokrzyskich (krzemień czekoladowy i pasiasty) i dziwny szary krzemień w białe kropki z okolic Zawichostu. Na monitorze komputera można było zobaczyć jak łupie się krzemień. Nasi młodzi goście zdobywali sprawność człowieka epoki kamienia – rzucali oszczepami do sylwetek mamuta i renifera i malowali na zaimprowizowanej ścianie jaskini. Oczywiście farbki nie były kupione w sklepie. Była to starta ochra (czerwony barwnik żelazisty) wymieszana z olejem i węgiel drzewny.

Bardziej „ucywilizowani” ludzie kosili zboże, co prawda jeszcze niedojrzałe, ale była to prawdziwa pszenica. Samo koszenie nie jest czynnością zbyt interesującą. Sytuacja zmienia się, gdy do ręki młodego człowieka trafia sierp z krzemiennymi wkładkami. Zdziwienie budzi przede wszystkim fakt, że krzemień jest ostry i skuteczny. I to jest część wiedzy, do której nasi goście sami dochodzą i bogatsi o nią idą w świat. Na razie nie bardzo wiadomo, do czego może się ta wiedza przydać, ale lepiej wiedzieć więcej niż mniej. Własnoręcznie zmielona mąka na kamiennych żarnach też smakowała wybornie. Wiele dzieci ze zdziwieniem przekonywało się na własne oczy, że po roztarciu ziarna zboża ukazuje się biała substancja. Takich odkryć na własny użytek dokonywano wiele. Odkrywana była też rezydencja Branickich. Archeolodzy oprowadzali po wystawie archeologicznej i opowiadali o historii miejsca.

Komu było mało atrakcji mógł zajrzeć do kuźni i popracować razem z naszym zaprzyjaźnionym kowalem. Najstarsi kowale, jakich znamy na naszych ziemiach, byli Celtami. Dwa tysiące lat temu wykuwali z żelaza wiele potrzebnych wówczas przedmiotów codziennego użytku, narzędzi rolniczych, broni a nawet ozdób. Można też było podpatrzeć pracę innych rzemieślników celtyckich i rzymskich – garncarzy. Wypalali oni naczynia w kopii pieca sprzed 1700 lat. Cały proces wypału zaprezentowano też na posterach. Najmłodsi, którzy nie bali się ubrudzić rąk lepili gliniane naczynia.

Dolegliwości, rany i choroby usuwał doświadczony cyrulik. Jego stoisko z medycyną (bardzo) tradycyjną zawierało pojemniki z suszonymi żabami i myszami, skuteczne na niektóre choroby okazywały się pszczele wylinki a sam widok pijawek mógł uleczyć natychmiast każdego.
Niestety, plany i wysiłki organizatorów pokrzyżował deszcz. Mimo to, do Branic przyjechało 500 osób. Jeszcze o 15, gdy padało od kilku godzin, bramy dworu przekroczyła rodzina z kilkuletnim chłopcem. Na moje usprawiedliwienie, że wszystko już tonie w błocie i niewiele zostało do obejrzenia odpowiedzieli, że rok bez pikniku archeologicznego jest rokiem straconym. Mając taką publiczność z pewnością zorganizujemy następny Piknik. Mamy już nawet pomysł, aby była to impreza poświęcona pradziejowym kultom i religiom.

Jacek Górski



Zapraszamy do oglądania galerii zdjęć



Ilość komentarzy do tej strony: 1 Skomentuj stronę
Lp. Imię Temat Data
1. herod hmm wszyscy rzymianie padli ? 02-06-2011 13:41:10

Nie ponosimy żadnej odpowiedzialności za treści komentarzy publikowanych na tej stronie. W ekstremalnych przypadkach zastrzegamy sobie prawo ich usunięcia.

do góry drukuj